Filmowcy z Babelsbergu, szczecińskie uniwersytety i Filharmonia, Technikum Handlowe i pionierzy miasta Szczecina, część I

Z Anną Szlesińską (po prawej), Katarzyną Bazylińską (pośrodku) i Miriam Lam w Domu Skandynawskim Zdjęcie: © Beata Mintus

Jestem trochę zmęczona, ale bardziej jeszcze podekscytowana. Do Szczecina przybyli młodzi filmowcy ze szkoły filmowej w Babelsbergu. Ekipa, której szefuje Kathrin Lantzsch towarzyszy mi odwiedzając najpiękniejsze szczecińskie miejscówki i spotykając się z najciekawszymi ludźmi, którzy opowiadają o mieście. Pani Anna Szlesińska, kierowniczka Referatu ds. Współpracy Międzynarodowej oraz Joanna Cybruch (specjalistka ds. miejskich instytucji kultury) ze szczecińskiego magistratu, świetnie wszystko przygotowały przed przyjazdem ekipy i udzieliły nam wielu cennych wskazówek.

Projekt filmowy poświęcony miejskiej pisarce realizowany jest w ramach studenckiego studia filmowego MCB filmproductions, należącego do stowarzyszenia Förderverein MedienCampus Babelsberg e. V. We współpracy z Niemieckim Forum Kultury Europy Wschodniej (Deutsches Kulturforum östliches Europa) ekipa ma za zadanie nakręcić 45-minutowy film dokumentalny o miejskiej pisarce (projekt taki z powodzeniem realizowany jest już od kilku lat). Zespołem filmowym kieruje Kathrin Lantzsch z MedienCampus Babelsberg, wykładowczyni przedmiotu „Film i technika” i koordynatorka projektów filmowych szkoły. Kathrin jest bardzo energiczna, zaangażowana i ma poczucie humoru. W grupie jest też Danio Schneider z MCB filmproductions, student Szkoły Filmowej im. Konrada Wolfa w Babelsbergu (Filmuniversität Konrad Wolf), który jest chyba głównym operatorem kamery, chociaż nie znam się na tym zbyt dobrze. Pomagają mu: Louis Bernhardt, który właśnie odbywa swój roczny wolontariat w Neues Gymnasium Potsdam/Babelsberger Filmgymnasium w ramach tzw. Freiwilliges Soziales Jahr, Merle Welak i Johanna Wuscher – uczennice tej szkoły, a także Johann Tegge – uczeń z Neue Gesamtschule Babelsberg. Ach, legenda Babelsbergu! Nareszcie i ja mogę zetknąć się z nią osobiście.

Stettiner Rathaus im Regen. Foto: © Brygida Helbig, 2025
Szczeciński Urząd Miasta w deszczu 
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025

Merle ma polskich dziadków i potrafi powiedzieć parę słów po polsku. Zadaje mi pytania podczas wywiadu w Domu Skandynawskim i słucha z zainteresowaniem. Johanna wspaniale porusza się po mediach społecznościowych. Dla nich wszystkich to wielka przygoda. Z Berlina wyjechali wczesnym rankiem w poniedziałek 21 lipca. Na szczęście nie musieli czekać na granicy, czego się trochę obawiali. 

Trafili na bardzo deszczowe dni. Tematem stała się woda. Miejskie fontanny. I stare żeliwne pompy uliczne, jeszcze przedwojenne, które zafascynowały ekipę.

Interview im Skandinavischen Haus mit Merle und Johanna. Foto: Kathrin Lantzsch.
Podczas wywiadu w Domu Skandynawskim z Merle i Johanną
Zdjęcie: © Kathrin Lantzsch
Wasserpumpe aus der Vorkriegszeit. Foto: © Deutsches Kulturforum östliches Europa, Vera Schneider
Przedwojenna pompa uliczna 
Zdjęcie: © Deutsches Kulturforum östliches Europa, Vera Schneider
Filmteam aus Babelsberg im Skandinavischen Haus. Foto: © Deutsches Kulturforum östliches Europa
Grupa filmowców z Babelsbergu w Domu Skandynawskim
Zdjęcie: © Deutsches Kulturforum östliches Europa

Zanim jednak opowiem o naszych wspólnych przygodach, jeszcze słów parę o młodych ludziach ze Szczecina. Przez kilka ostatnich dni miałam bowiem jeszcze inne zajęcie – wieczorami zajmowałam się mianowicie czytaniem prac studentów kierunku Studia pisarskie na Uniwersytecie Szczecińskim (to lubię robić) i wystawianiem ocen (tego nie lubię, moim zdaniem oceny są demotywujące). Kierunek ten można studiować na Uniwersytecie już od kilku lat. Cieszy się zainteresowaniem i z pewnością ożywia życie literackie miasta. Moje zajęcia w tym semestrze odbywały się online. Nie tak łatwo nawiązać w ten sposób osobisty kontakt ze studentami. Byłam rozczarowana, że niektóre osoby nie włączały kamery, albo nie chciały zabierać głosu. Z drugiej jednak strony rozumiem to. Są jeszcze bardzo młodzi, przyzwyczajeni do szkolnej komunikacji i prawdopodobnie trudno im się przestawić, by rozmawiać z prowadzącymi zajęcia jak równy z równym. [1]

W każdym razie kiedy już wspólnie z moim kolegą Markiem Władyką sprawdziliśmy wszystkie prace, ku memu zaskoczeniu studenci napisali nam, że nasze wnikliwe uwagi były dla nich bardzo ważne i cenne. Cóż za radość! Zatem warto czasem poczekać, wytrwać, nawet jeśli początkowo nie ma żadnego oddźwięku. Teksty studentów są czasem bardzo osobiste – to ich życiowe historie. Niekiedy po raz pierwszy pojawia się świadoma refleksja nad dzieciństwem… Wielu spośród autorek i autorów tych prac nie pochodzi ze Szczecina, przyjechali tu na studia, by spełnić swoje marzenieo studiach artystycznych, a potem musieli skonfrontować się z nie zawsze łatwą codziennością, np. z mieszkaniem w akademiku. Zależy mi na tym, by (niezależnie od jakości literackiej ich prac) poczuli się po ludzku docenieni, by dać im impuls do dalszego rozwoju.

Sitz des Rektorats der Stettiner Universität, Johannes-Paul-II.-Straße. Foto: © Brygida Helbig, 2025
Siedziba Rektoratu Uniwersytetu Szczecińskiego, ul. Jana Pawła II
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025
Philologische Fakultät der Universität Stettin, Piastów- Allee. Foto: © Brygida Helbig, 2025
Wydział Filologiczny Uniwersytetu Szczecińskiego, Aleja Piastów
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025

Ja też studiowałam w Szczecinie, jednak w tamtych latach Uniwersytet nie nazywał się jeszcze uniwersytetem, lecz (od 1975 r.) Wyższą Szkołą Pedagogiczną. Uniwersytetem uczelnia stała się w roku 1985. [2] Obecnie Szczecin jest ważnym ośrodkiem akademickim, a studiować można na pięciu uczelniach publicznych: jest Uniwersytet Szczeciński, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny, Politechnika Morska oraz Akademia Sztuki. Uniwersytet Szczeciński obchodzi w tym roku 40-lecie swojego istnienia.

A skoro już jesteśmy przy edukacji, przejdę do kolejnego dzisiaj tematu, który właściwie miał być dodatkiem do mojego ostatniego wpisu. Podczas koncertu w Willi Lentza, o którym niedawno pisałam, zagrano utwory dawnego girlsbandu „Filipinki”. Zespół powstał pod koniec lat 50. w szkole, do której (parę lat wcześniej) uczęszczała moja mama, tj. w Technikum Handlowym przy ulicy Felczaka [3],  i odniósł w Polsce ogromny sukces. Moja mama również bardzo lubiła śpiewać, podobnie jak większość osób pochodzących z kresów wschodnich (a takich w Szczecinie jest sporo). Tak przynajmniej się o nich mówi, a i oni sami też chętnie tak się widzą. Niestety, moja mama nie zdążyła „załapać się” do „Filipinek”. 

Jak to się w ogóle stało, że trafiła do Szczecina?

Po powrocie z zesłania na Syberię rodzina mamy osiedliła się w Łobzie [4], małym mieście położonym około 90 km od Szczecina. By móc kontynuować naukę w szkole średniej, jako 16-latka mama musiała opuścić rodzinne strony i wyjechać do Trzebiatowa. [5] Po roku nauki w tamtejszym technikum szkoła została zamknięta. Mama przyjechała więc do Szczecina i jako pięćdziesiąta uczennica (wówczas w szkole był tylko jeden uczeń płci męskiej) kontynuowała naukę w Technikum Handlowym Ministerstwa Handlu Wewnętrznego. Tu miała nauczyć się zawodu księgowej, by jak najszybciej móc podjąć pracę. Śpiew nie był najważniejszy, liczyły się względy praktyczne. Początkowo mieszkała w internacie w pobliżu dzisiejszego rektoratu Uniwersytetu Szczecińskiego (nie wspomina tego zbyt dobrze, dziewczęta mogły opuszczać internat tylko na dwie godziny dziennie). Jednak miała szczęście i nie musiała mieszkać tam zbyt długo. Wkrótce zamieszkała na Pogodnie [6] u rodziny Jerzego Zielińskiego, ówczesnego przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Szczecinie (1954-1961). Przyjaźniła się z córką państwa Zielińskich, którzy przyjęli ją pod swój dach i traktowali jak członka rodziny. Dzisiaj rzadko już spotyka się takich ludzi, a mama myśli o nich z wdzięcznością.Swoją szkołę, obecnie noszącą nazwę Technikum Ekonomiczne, wspomina z dużą sympatią [7] . To jedna z najstarszych polskich szkół na Pomorzu Zachodnim. Na stronie internetowej szkoły czytamy: „Historię szkoły rozpoczęła w 1945 r. praca kilku entuzjastów, a wśród nich pierwszego jej dyrektora (…). Jeden z absolwentów z roku 1946 (…) tak wspomina swoje pierwsze spotkanie ze szkołą: 

Wszedłem do opustoszałego budynku. Czynnych było tylko kilka pomieszczeń. Okna częściowo zabite dyktą, a w części zakryte kawałkami szyb. Prowizoryczne umeblowanie. Budynek nieogrzewany. Powiedziano mi, gdzie urzęduje dyrektor, pan Wiktor Kędzierski. Był to człowiek […] w płaszczu wojskowym, bardzo zajęty i zaaferowany. Mimo to przyjął mnie bardzo miło (…) i zapewnił, że szkoła będzie.” 

I rzeczywiście, już 3 listopada 1945 r. w Miejskim Gimnazjum Kupieckim i Liceum Handlowym [8] przy ul. Felczaka 26 zabrzmiał pierwszy dzwonek”. [9]

Wzruszają mnie takie historie. Opowieści o ludziach, którzy mieli wizję, którzy odważyli się zbudować coś, czego inni nawet nie byli w stanie sobie wyobrazić…

Das ehemalige Gebäude des Handels-Technikums, heute Stettiner Universität. Foto: © Brygida Helbig, 2025
Dawny budynek Technikum Handlowego, dzisiaj to jeden z budynków Uniwersytetu
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025

Patrzę na zdjęcia mojej mamy. Na każdym widzę roześmiane twarze. Wszyscy byli tacy szczęśliwi, opowiada mama. Cieszyli się, że wojna się skończyła i nadszedł czas na nowy początek. Z sentymentem wspomina różne uczniowskie akcje, np. zbieranie ziemniaków na wykopkach, a nawet takie, jak zbiórka cegieł ze zrujnowanych szczecińskich kamienic i przygotowywanie ich do transportu na odbudowę Warszawy. Można powiedzieć, że te uczennice to takie szczecińskie „Trümmermädchen”, dziewczęta, które odgruzowywały miasto po wojennych zniszczeniach. Śpiewały przy tym piosenkę: Jeden wóz, drugi wóz, a na każdym wozie gruz. Z tym śpiewem na ustach dziewczyny, tak to sobie wyobrażam, podawały sobie cegły z rąk do rąk i ładowały na wagon kolejowy, który potem odjeżdżał na stację.

W szkole, do której chodziła moja mama, było również kilka dziewcząt pochodzenia niemieckiego. Jedna z nich miała na imię Sybilla, inna miała na nazwisko Heidinger. Mama pamięta, że były dobrze ubrane i dobrze się uczyły. W tym czasie mama zaczęła grać na akordeonie, uczyła się prywatnie u pewnego muzyka, który grał w filharmonii jako skrzypek. Filharmonia mieściła się wówczas w lewym skrzydle gmachu obecnego Urzędu Miasta (budynek starego niemieckiego Konzerthausu został zniszczony w wyniku działań wojennych, a budowę nowej szczecińskiej Filharmonii ukończono dopiero w 2014 roku).

Wróćmy na krótko do mojej ekipy filmowej. Podczas naszej wspólnej wizyty w Filharmonii Szczecińskiej dowiedzieliśmy się, że nawet fasada zniszczonego poniemieckiego Konzerthausu (czyli nieistniejącego już wspaniałego budynku sali koncertowej projektu Franza Schwechtena, wzniesionego w 1884 roku dokładnie w tym miejscu, gdzie teraz stoi filharmonia) została przewieziona do Warszawy na początku lat 60-tych.

Dowiedzieliśmy się tego wszystkiego z opowieści pani Magdaleny Wilento, zastępcy dyrektora Filharmonii, która oprowadzała nas po tym niezwykłym, imponującym budynku, zaprojektowanym przez hiszpańsko-włoskie biuro architektoniczne Barozzi-Veiga (Filharmonia zdobyła cały szereg międzynarodowych prestiżowych nagród i wyróżnień w dziedzinie architektury, m.in. nagrodę im. Miesa van der Rohe). Mieszkańcy Szczecina nazywają budynek „lodowym pałacem”, mówi Magdalena Wilento, jako że przypomina kryształ i pokryty jest półprzezroczystymi taflami szkła. W eleganckich salach zadbano o świetną akustykę ale też i artystyczny wystrój. Rozbrzmiewa tutaj nie tylko (klasyczna) muzyka. Filharmonia otwarta jest również na imprezy taneczne i uroczystości, organizowane są tu festiwale muzyczne w różnych stylach, wystawy i warsztaty, nawet te niezwiązane bezpośrednio z muzyką (np. dotyczące edukacji i dbania o słuch czy też komunikacji). W ubiegłym roku w Filharmonii uroczyście obchodzono 140 rocznicę powstania Konzerthausu.

Die Stettiner Philharmonie. Foto: © Deutsches Kulturforum östliches Europa, Vera Schneider
Filharmonia Szczecińska, 
Zdjęcie: © Deutsches Kulturforum östliches Europa, Vera Schneider

Wróćmy jednak do Technikum Handlowego mojej mamy. Kilka dni temu pojechałam z nią na ulicę Felczaka, by pokazała mi budynek swojej dawnej szkoły. We wspomnieniach mamy naprzeciwko szkoły był teren pokryty gruzem i ruinami, cały porośnięty bujną roślinnością. Ulubione miejsce wszystkich uczennic, nazywane przez nie „małpim gajem”. W porośniętych zielenią ruinach chętnie spędzały przerwy.

Dzisiaj dawny budynek szkoły jest (od 1974 r.) jednym z wielu należących do Uniwersytetu Szczecińskiego – mieści się tu Centrum Biologii Molekularnej i Biotechnologii. Na ścianie wejściowej możemy podziwiać przepiękny mural przedstawiający projekt wirtualnego herbarium (to taki cyfrowy zielnik) trzech pomorskich uniwersytetów, Herbarium Pomeranicum. Widać stąd jeden ze szczecińskich wieżowców, nie potrafię jednak rozróżnić, czy to najwyższy nowy wieżowiec Hansa-Tower (2022 r., 26 pięter), czy też biurowiec Pazim (1992 r., 22 piętra), z kawiarnią Café 22 na samej górze?

Blick auf das Hochhaus (Stadtteil Śródmieście/tadtmitte). Foto: © Brygida Helbig, 2025
Widok na wieżowiec (dzielnica Śródmieście)
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025

W każdym razie, moja mama chętnie pozuje tam do zdjęcia. I opowiada…

Herbarium Pomeranicum. Foto: © Brygida Helbig, 2025
Herbarium Pomeranicum
Zdjęcie: © Brygida Helbig, 2025

Mama może wiele opowiedzieć o powojennych pionierskich czasach w Szczecinie i spisuje wspomnienia na ten temat. Wielu pionierów, którzy po wojnie niejako zdobywali i oswajali miasto, chcąc przywrócić je na nowo do życia, dziś coraz częściej przelewa na papier swoje wspomnienia, a liczne projekty i „Kurier Szczeciński” zachęcają ich do tego. Ostatnio miałam okazję uczestniczyć w niezwykle poruszającej debacie poświęconej pamięci miejskiej Szczecina, zatytułowanej Pamięć i wspomnienia. Debata odbyła się w Dąbiu [10]  w jednej z filii Biblioteki Miejskiej w Szczecinie. Rzadko bywam w tej dzielnicy Szczecina, chociaż stąd pochodzi Adam Gusowski, mój dobry kolega, jeden z założycieli działającego w Berlinie Klubu Polskich Nieudaczników. Adam bardzo lubi surfować na położonym niedaleko od Szczecina jeziorze Miedwie [11], które na pewno warto odwiedzić, podobnie jak jezioro Dąbie. [12]

Adam Gusowski mit Freunden (Miedwie-See). Foto: © Gabriela Falana
Adam Gusowski z przyjaciółmi (Jezioro Miedwie)
Zdjęcie: © Gabriela Falana

By móc uczestniczyć w tej debacie, razem z Iwoną Waligórską, moją przyjaciółką jeszcze z czasów szkolnych, wybrałam się samochodem przez mój ulubiony Most Długi [13] na wschodni brzeg Odry. Taka wycieczka nie zdarza mi się zbyt często, mimo że w przyszłości punkt ciężkości Szczecina prawdopodobnie przesunie się na tę stronę miasta.

O moich przeżyciach tam i dalszych przygodach towarzyszącej mi ekipy filmowej, opowiem w następnym odcinku.


[1] W szkołach w Niemczech do wypowiedzi ustnej i aktywnego uczestnictwa w zajęciach przykłada się większą wagę, niż w polskich szkołach, tam intensywnie ćwiczy się umiejętności dyskutowania i retorykę, co ma swoje plusy ale też i minusy.

[2] Przed 1945 rokiem w Szczecinie nie było Uniwersytetu.

[3] Przed 1945 r. Schallehnstraße.

[4] Przed 1945 r. Labes.

[5] Przed 1945 r. Treptow an der Rega.

[6] Przed 1945 r. Finkenwalde.

[7] Szkoła mieści się dzisiaj przy ul. Gen. J. Sowińskiego 1.

[8] Tak wówczas nazywała się ta szkoła.

[9] www.zs3szczecin.edupage.org

[10] Przed 1945 r. Altdamm. Do 1948 r. Dąbie było osobnym miastem..

[11] Przed 1945 r. Madüsee.

[12] Przed 1945 r. Dammscher See.

[13] Most Długi. Przed 1945 r. Hansa-Brücke (zniszczony w czasie II wojny światowej, odbudowany w 1959 roku).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *