Golęcino-Gocław (Frauendorf) – czyli odkrycie

Kościół w Golęcinie. Zdjęcie: © Brygida Helbig

Są w Szczecinie takie miejsca, w których nigdy wcześniej nie bywałam, które dla nas, mieszkających w centrum miasta, jakby nie istniały. Tym bardziej ekscytująca była dla mnie ostatnio możliwość poznania północnej dzielnicy miasta, położonej na lewym brzegu Odry, niedaleko Jeziora Dąbie. Golęcino-Gocław, bo o tej dzielnicy mowa, w ostatnich latach zyskała na znaczeniu i atrakcyjności. Jej postindustrialny krajobraz stał się celem wycieczek, miejscem wypoczynku ale i odkryć. [1] Wielu się nią zachwyca. I ja chciałam się przekonać, dlaczego.

Jest niedziela, świeci słońce, pogoda jak marzenie, można jeszcze założyć letnie ubrania. Jestem już trochę spóźniona, więc dzwonię po taksówkę. Przejeżdżamy obok Parku Żeromskiego, po którym spacerowałam jako dziecko (aktualnie trwa tam akcja ratowania starego drzewostanu). Mijamy osiedlowe bloki przy ul. Bazarowej, gdzie dorastałam. Jedziemy dalej i dalej, na północ Szczecina. Znam już dość dobrze tego pana taksówkarza i zawsze fajnie mi się z nim rozmawia.

Pan twierdzi, że naprawdę miałam szczęście, że dziś jeszcze na niego trafiłam, bo zaraz po tym kursie wybiera się do Świnoujścia, chce nacieszyć się ostatnimi chwilami lata. Zmierzamy do Kościóła Najświętszej Marii Panny Nieustającej Pomocy na Golęcinie. To tam zaczyna się nasz dzisiejszy spacer śladami historii. „Często pan tam jeździ?“- pytam. „Owszem“, odpowiada, „ale nie do kościoła. Jeśli już na Golęcino, to do szpitala onkologicznego, który jest zaraz obok…“ Aha, więc stąd tak dobrze zna tę trasę. A jeśli chodzi o jakieś ciekawostki z tej okolicy, to słyszał, że zaniedbaną i popadającą w ruinę Wieżę Bismarcka kupiła teraz jakaś osoba prywatna, a co tam powstanie, to jeszcze nie wiadomo. Przez dziesiątki lat wieża raczej straszyła. Ja sama nigdy tam nie byłam, choć wiele razy widziałam ją z pokładu statku podczas rejsów po szczecińskim porcie. [2]

Der Bismarck-Turm vom Schiff aus gesehen. Foto: © Brygida Helbig
Wieża Bismarcka (od strony Odry)
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Robi się trochę nerwowo, droga jest daleka, ale udało się. Zdążyłam na czas. Przy kościele, na końcu ulicy Strzałowskiej, czeka już około 20 osób, głównie starszych. Ale jest też parę młodszych, może mieszkają w tej dzielnicy? Bo chodzi także o to, żeby przy okazji zwiedzania znaleźć pomysły na rewitalizację tej okolicy. Niepostrzeżenie dołączam do grupy, a Paulina Romanowicz uśmiecha się porozumiewawczo – znamy się z debaty o tożsamości w Szczecinie-Dąbiu.

Joanna Grycko właśnie wprowadza nas w historię Golęcina, dawnej niewielkiej wioski rybackiej. Zamierzamy zwiedzić kościół. Właśnie z jego bocznych drzwi wychodzi ksiądz. Tak naprawdę chciał już iść, ale nasza przewodniczka przekonuje go, by raz jeszcze otworzył kościół i pozwolił nam obejrzeć to przepiękne, niedawno odrestaurowane wnętrze. Wchodzimy, i ksiądz opowiada nam osobiście historię tej architektonicznej perełki.

Das Holzschiff an der Kirchendecke. Foto: © Brygida Helbig
Wiszący w kościele drewniany statek
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Tuż po wejściu rzuca nam się w oczy podwieszony u sufitu niewielki drewniany statek – to znak, że kościół służył niegdyś za punkt nawigacyjny, jego wieża widoczna była już z daleka. Dowiadujemy się, że pierwszą świątynię zbudowano w tym miejscu już w XIII wieku i był to kościół drewniany. Wybudowano go na wzgórzu, będącym wcześniej miejscem kultu pogańskiego. Kościół wielokrotnie przebudowywano, a w 1937 roku odrestaurowano go po raz ostatni przed II wojną światową. Dokument informujący o przebiegu prac, podpisany m.in. przez pastora Fritza Möllera, wmurowano w ołtarz w 1939 roku.

Der Altar mit der Ikone in der Kirche in Golęcino. Foto: © Brygida Helbig
Ołtarz z ikoną w kościele na Golęcinie
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Sam ołtarz jest dość niezwykły. Na różowym tle ściany widnieje ikona, „napisana“ przez jedną z sióstr zakonnic mieszkających w pobliskim klasztorze. (Ksiądz wyjaśnia, że ikon się nie maluje, lecz pisze). Rodzice tej zakonnicy byli profesorami sztuki. Klasztor, w którym mieszkają siostry karmelitanki znajduje się po przeciwnej stronie ulicy Strzałowskiej. Stąd zresztą niemiecka nazwa Frauendorf (czyli „wieś kobiet“). Siostry karmelitanki żyją w odosobnieniu, w modlitwie i ciszy. Jeśli ksiądz chce z którąś z sióstr porozmawiać, pisze do niej kartkę.

Denkmal für die im ersten Weltkrieg gefallenen Bewohner von Frauendorf (auf dem Kirchenfriedhof). Foto: © Brygida Helbig
Pomnik ku czci mieszkańców dawnego Frauendorf poległych w czasie I wojny światowej (cmentarz przykościelny)
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Ksiądz pokazuje nam jeszcze zabytkowe organy, chrzcielnicę i stacje drogi krzyżowej umieszczone na ścianach kościoła, imponujące pod względem artystycznym. Mamy wrażenie, że w ogóle bardzo się angażuje, jest wręcz konkurencją dla naszej przewodniczki, a jego opowieści chwilami przypominają kazanie. Ale chętnie go słucham, bo mówi z pasją, z zachwytem – czy to o kościele, czy o miłości Bożej. Przede wszystkim jednak przypomina nam o poszanowaniu tego miejsca. „Gdziekolwiek tu nie wbijemy łopaty w ziemię“, mówi, „natrafimy na szczątki ludzkich kości“. Ksiądz naprawdę wie, co mówi, jako że sam kosi tu trawnik (chwilowo nie ma kościelnego) Przewodniczka pokazuje nam jeszcze stary cmentarz i stojący tam pomnik poświęcony pamięci dawnych mieszkańców wsi, poległych podczas I wojny światowej.

Teile der alten Wasserleitung der Heilklinik aus dem 19. Jahrhundert. Foto: © Brygida Helbig
Zachowane zbiorniki na wodę będące częścią dawnego XIX-wiecznego kompleksu leczniczego
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Zaraz przejdziemy na drugą stronę ulicy, gdzie stoi klasztor. Zatrzymujemy się przy dziwnych konstrukcjach przypominających kotły – to pozostałości wodociągu dawnego zakładu wodoleczniczego, a później zakładu opieki psychiatrycznej Bergquell.[3] Pani Joanna opowiada, że w czasie wojny francusko-pruskiej pełnił on funkcję lazaretu. Dorzuca też kilka mrożących krew w żyłach historii o dawnych pacjentkach.[4] W jednym z zachowanych budynków dawnego zakładu mieści się dziś Hospicjum św. Jana.

Der Blick von der Fußgängerbrücke über dem Bahnhof Szczecin Golęcino. Foto: © Brygida Helbig
Widok z kładki dla pieszych nad stacją kolejową Szczecin-Golęcino
Zdjęcie: © Brygida Helbig

I już schodzimy, gawędząc, ze skarpy w dół przez bujne zarośla w kierunku Odry – a ja mam zupełnie nieodpowiednie buty! Po drodze wszędzie widać resztki fundamentów i jakichś murów, częściowo pewnie po dawnym Bergquell, a może też po dawnych instalacjach przemysłowych. Naszym pierwszym celem jest tzw. Wzgórze Kupały (Elisenhöhe), przecięte wąwozem z biegnącą w nim linią kolejową Szczecin–Police–Trzebież. W dole, u jego podnóża znajduje się przystanek kolejowy Szczecin Golęcino. Zatrzymujemy się na chwilę na kładce dla pieszych, łączącej obie części wzgórza i podziwiamy widoki… Patrzę w dół i lekko kręci mi się w głowie. „A skąd wzięła się nazwa Elisenhöhe?“, pytamy panią Joannę. Okazuje się, że wzgórze nazwano tak na cześć żony następcy tronu pruskiego, Fryderyka Wilhelma IV, czyli Elżbiety Ludwiki Wittelsbach. Królewska para miała odwiedzić Szczecin w 1821 roku. Pierwotnie wzgórze to nosiło nazwę „Weinberg“, czyli „Winna Góra“. Siostry cysterki założyły tu winnicę, która działała aż do wieku XIX.

Po drugiej stronie kładki atakują nas spadające kasztany – auć! Ostrożnie! Tak, nadal jest tu wiele starych, wspaniałych drzew… Ale, niesamowite: w miejscu, gdzie teraz stoimy, na tym wzgórzu, przed 1945 rokiem działała świetna restauracja – z tarasem z widokiem na dolinę Odry i Szczecin (dziś widok zasłaniają drzewa i zarośla). Niegdyś był to popularny cel wycieczek szczecinian i szczecińskich malarzy pejzażystów.[5]  Co się z tym stało? Zakłady przemysłowe w Golęcinie i Żelechowej uległy zniszczeniom wojennym,[6] a opuszczona zabudowa wzgórza popadła w ruinę i zapomnienie… [7] Czy kiedyś na nowo powstanie tutaj coś takiego?

Der Bunker aus dem Zweiten Weltkrieg. Foto: © Brygida Helbig
Bunkier z czasów II wojny światowej
Zdjęcie: © Brygida Helbig

Żartujemy, śmiejemy się i brniemy dalej, przedzieramy się przez zarośla. Chcemy zobaczyć bunkier z II wojny światowej, zbudowany na zboczu wzgórza.[8] Es gab vor einigen Jahren schon Pläne, ihn als Restaurant und Weinstube zu nutzen…[9] Kilka lat temu były plany urządzenia tam restauracji i winiarni… Obecnie wydaje się to raczej mało realne.

Pani Joanna pokazuje nam jeszcze jedną ciekawą rzecz. Na przełomie 1946/1947 roku przy dzisiejszej ulicy Paproci funkcjonował Punkt Zborczy dla Niemców wysiedlanych ze Szczecina. Raz dziennie dostawali tam zupę, a dwa razy kawę. W innych punktach podobno było znacznie gorzej. Tutaj organizowano transporty, które ze stacji Szczecin-Golęcin odjeżdżały do Lubeki.[10]  

Hotel Jachtowa von der Oder aus und Bismarkturm rechts dahinter. Foto: © Veiko Boden
Hotel i restauracja „Jachtowa“, widok od strony Odry. W tle po prawej Wieża Bismarcka
Zdjęcie: © Veiko Boden

Nasza wyprawa jeszcze się nie kończy – schodzimy na ulicę Ziemowita. W oddali widać stąd zabudowania portowe i statki. Niedaleko leży malowniczy port jachtowy czyli Marina Gocław, z restauracją „Jachtowa“. Gdzieś tutaj działała niegdyś ważna stocznia jachtowa – Stocznia im. Leonida Teligi, dziś kilka prywatnych firm nadal buduje tu jachty. Zbliżamy się do dużej zajezdni tramwajowej (przy obecnej ul. Wiszesława), istniejącej od 1898 roku, która przetrwała wojnę. Tu dowiadujemy się m.in., dlaczego w powojennej Polsce na kontrolerów biletów mówiono „kanar“ – nazwa wzięła się od żółtego koloru otoków na czapkach przedwojennych kontrolerów.

Zatrzymujemy się naprzeciw zajezdni tramwajowej, przy czerwono-żółtym muralu. Malowidło przedstawia paprykarz szczeciński, kultowy szczeciński specjał z lat 60-tych, produkowany w zakładach przetwórstwa „Gryf“[11]. Okazuje się, że inspiracją do powstania paprykarza było… danie pochodzące z Afryki! W jednym z portów w Afryce technolodzy z „Gryfa“ mieli bowiem okazję spróbowania potrawy o nazwie Tiep bou dienn Sénégalais – mieszanki ryby czy też mięsa i ostro przyprawionego ryżu. Tę potrawę nieco „spolszczono“ – oprócz skrawków ryb i ryżu znalazły się w niej także ogórki konserwowe i pulpa pomidorowa (sprowadzana z Węgier). Zamknięty w puszkach paprykarz eksportowano do 32 krajów, a dzisiaj doczekał się nawet swojego pomnika na Łasztowni. Ja sama, szczerze mówiąc, za nim nie przepadam. Ale Pani Joanna zdradza nam tajemnicę dobrego paprykarza. Dowiadujemy się oto, że najlepszy paprykarz to ten w słoikach, nie w puszce, i wcale nie z ryżem, a z kaszą pęczak. Można w nim znaleźć nawet kawałki ryby.

To już ostatni punkt naszej dzisiejszej wędrówki. Teraz mieszkańcy mają okazję wypowiedzieć się na temat swojej dzielnicy. Dostajemy ankiety, a jedno z pytań brzmi: „Co jest największą zaletą dzielnicy, co jest jej siłą?“ Zastanawiam się przez chwilę. Może jej historia, przyroda, może ludzie? A co jest największym problemem? Chyba infrastruktura…

Ankietę wypełniłam, podziękowałam i wsiadam w legendarny tramwaj numer 6, wracam do centrum wydarzeń.

Tu kończy się moja opowieść o Golęcinie. W międzyczasie Paulina Romanowicz i Marta Sadowska zostały wybrane do Rad Osiedli – serdeczne gratulacje! A mój taksówkarz wrócił ze Świnojuścia i aktualnie wypoczywa w Turcji.  


[1] Wojciech Sobecki, Kiedyś przemysł, dziś wypoczynek, w: Magazyn Kuriera, 14.08.25, s. 12.

[2] Wieża Bismarcka (niem. Bismarckturm) na szczecińskim Gocławiu jest pomnikiem ku czci kanclerza Otto von Bismarcka a jej budowę ukończono na początku lat 20-tych ubiegłego wieku. Wieża stoi na tzw. Zielonym Wzgórzu, niegdyś Winnej Górze (niem. Weinberg) – najwyższym na zachodnim brzegu Odry, i można do niej dotrzeć tramwajem linii nr 6, jadąc aż do pętli końcowej.

[3] Źródło: www.historyczny.szczecin.pl

[4] Więcej szczegółów na stronie: www.historyczny.szczecin.pl. godna polecenia strona prowadzona przez Pawła Ziątka.

[5] Źródło: www.archinea.pl

[6] Podczas wojny w budynkach dawnej fabryki cykorii przy dzisiejszej ulicy Światowida produkowano amunicję. Przemysłowy charakter okolicy sprawił, że dzielnica stała się celem zmasowanych nalotów bombowych w 1944 r. Zniszczeniu uległa znaczna część infrastruktury przemysłowej i wiele budynków mieszkalnych. Podczas nalotów zginęło wielu robotników przymusowych. Na Golęcinie istniało pięć obozów dla robotników przymusowych.

[7] Informacje na stronie: www.archinea.pl

[8] Pięciokondygnacyjny schron przeciwlotniczy z czasów II wojny światowej ma betonowe ściany o grubości 2 metrów. Obiekt był gazoszczelny, posiadał własny system filtrowentylacyjny, piece grzewcze, miał sanitariaty z bieżąca wodą oraz energię elektryczną. Na dachu zachowały się jeszcze uchwyty do montowania maskującego, spadzistego dachu. Od roku 2012 bunkier stoi niewykorzystany, wcześniej znajdował się w nim magazyn harcerzy z ZHP oraz milicyjna strzelnica.

[9] Źródło: www.archinea.pl

[10] Źródło: www.opencaching.pl

[11] Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich Gryf. Więcej informacji na stronie: www.portalspozywczy.pl und www.visitszczecin.eu


2 komentarze do “Golęcino-Gocław (Frauendorf) – czyli odkrycie”

  1. Witam Pani Brygido.
    Golęcino fajna dzielnica.Mam z nią związane raczej miłe wspomnienia.
    Jakiś czas temu (niektórzy twierdzą że to było za czasów dinozaurów) w szpitalu na Golęcinie w sali z napisem „Sala porodowa” wygłosiłem pierwszy swój komentarz dotyczący tego świata.AAAA!!!.
    Do dziś trwają spory co chciałem przez to powiedzieć.
    „Jachtowa ” to też przyjemne wspomnienia.Choć czasami na drugi dzień ciężko bywało wstać.
    Pozdrawiam serdecznie.

Skomentuj Brygida Helbig Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *